Menu

Antykwariat Kwadryga

Blog o antykwariacie i wszystkim, co jest z nim związane.

Okładka zaprasza do kupna książki (1947)

margala

Rozmowa z Antonim Trepińskim zamieszczona w "Przeglądzie Księgarskim" z listopada 1947 r.

okladka_winieta

OKŁADKA ZAPRASZA DO KUPNA KSIĄŻKI

 

- Jaka okładka jest dobra, a jaka zła?

 

- Frapujące pytanie! Zadawałem je nieraz grafikom, drukarzom i bibliofilom, ale ich odpowiedzi nie zadowalały mnie. Nie uwzględniały pierwiastka najważniejszego w ocenie okładki, mianowicie reklamowego.

 

- Chcecie powiedzieć, że okładka spełnia zasadniczo zadanie afisza?

 

- Tak, pełne walory okładki mieszczą się w skojarzeniu dwu punktów widzenia: artysty-grafika i doświadczonego kupca. Zaprzeczyć nie podobna, że wydawca, niezależnie od reprezentowania kapitału, może mieć uzasadnione pretensje do autorytatywnego wypowiadania się w przedmiotach grafiki użytkowej. Opiera swe zdanie jakże często na głębokim zamiłowaniu do sztuki i rzetelnym kształceniu zmysłu estetycznego (Gröll, Józef Zawadzki, Żupański, Gebethnerowie i Wolffowie, Altenberg, Kościelski, Mortkowicz, Jachowski, Wegner, Jeleński, Lam, Piątek i in.). Kupiec ma swoją cenną rację życiową, wypływającą ze znajomości psychologii sukcesu, z obcowania z publicznością, .z poczucia praktyczności itd. Podnoszę do godności aksjomatu twierdzenie, że dobra okładka powstaje z pogodzenia kryteriów fachowości, za-równo grafika jak i kupca!

 

- Jasne jest, że głos wydawcy, który „zamawia i płaci”, ma praktycznie decydującą wagę w sprawie wytworów własnego przemysłu, nie wyłączając ich szaty zewnętrznej. Rozumiem, że okładka spełniać musi rolę propagandową po prostu przez przyciąganie wzroku czytelnika. Jednak ujęcie doświadczeń wytwórców towaru w zgodne wnioski nastręcza sporo trudności: wahałbym się przed sformułowaniami.

 

- Tak, sprawy artystyczne podlegają zmianom, wynikającym ze smaku epoki i osobistych gustów. Ani Gröll w XVIII wieku, ani Żupański w połowie XIX stulecia nie zastanawiali się w ogóle nad żadną okładką, lecz wszelkie nowoczesne pojmowanie rzeczy nawiązuje do pojmowania przez nich zdobnictwa książkowego jako roli w życiu książki. Żaden grafik współczesny nie będzie dzisiaj kopiował liter Wyspiańskiego lub Ruszczyca, bo obaj wielcy artyści wcale liternikami nie byli. Nie będzie też naśladował niewolniczo Jana Bukowskiego, najwybitniejszego polskiego ilustratora ostatnich czasów (zm. 1943). Atoli nie jest do pomyślenia grafik nowoczesny, ignorujący wspaniałe zdobycze „fakturowe” tych 3 artystów. Gdybym ich nie podziwiał i nie rozumiał, przeżywszy bogatą ich twórczość, nie śmiałbym snuć żadnych teoretycznych rozważań na temat okładek. Wyspiański, Ruszczyc i Bukowski komponowali okładki już całkiem nowocześnie - my musimy iść dalej, obierając coraz mocniejsze i jaśniejsze drogi, pięknie przez nich podbudowane.

 

- O ile mi wiadomo, Bukowski współpracował w idealnej harmonii z wydawcami książek, które ilustrował.

 

- Ba! spełniał ich życzenia ponad miarę oczekiwań... Taki artysta, którego okładki posiadają siłę sugestywną, jest zawsze ceniony i poszukiwany.

 

- W tym sęk, aby okładka działała naprawdę sugestywnie!

 

- Zwykle nie wystarczy w tym celu okładka ładna lub poprawna pod względem kompozycji drukarskiej. Nie wystarczy również okładka estetyczna, zgrabna i przyjemna - z punktu widzenia malarskiego. Okładka winna przyciągać czytelnika z umiarem artystycznym, nie mniej jednak wyraźnie i zdecydowanie. Bez przesady i zbytniej krzykliwości. Oprócz cechy łagodnej i stonowanej krzykliwości dobra okładka musi zawierać jakiś pomysłowy akcent graficzny, idący w parze z literami, które stanowią także pierwiastki „czystej sztuki”. Zdolny artysta grafik wypowiada się swobodnie we wszystkich elementach, przy czym zadanie ma niełatwe. Ścisłe zespolenie rysunku z literami, i odwrotnie, cech malarskich z zasadami liternictwa - oto główny sens okładki w dzisiejszym rozumieniu. Wybitny talent autora okładki poznajemy w rozmachu rozwiązywania tej istotnej tajemnicy, co nazywa się popularnie iskierką Bożą.

 

- Nie lubię wodzić nosem po szybach witryn, by móc odczytywać czcionki na okładkach wystawionych nowości księgarskich. Ale stanowczo wolę okładkę czysto drukarską, przyzwoitą i nie przeładowaną ornamentami, od wielobarwnej pstrokacizny.

 

- I macie rację. Okładki nowoczesne także grzeszą, tak! grzeszą przecenieniem czynnika reklamy w kompozycji graficznej. Dlatego położyłbym jak najgrubszy nacisk na sprawie umiaru artystycznego. Dobra okładka ma uśmiechać się do czytelnika, przemówić grzecznie do oczu - ale nie potrzebuje uderzać go w ciemię olbrzymimi literami, obcesowo i natrętnie. Rewie okładek na wystawach księgarskich przedstawiają dziś straszliwą mieszaninę kolorystyczną, zamiast pokazów zdobnictwa reklamowego. Autorzy współzawodniczą z sobą mniej inwencją artystyczną, koncepcjami, szlachetnością wysiłków, rycinami, niż usiłowaniami wzajemnego przekrzyczenia się pustymi wrzaskami. Fałszywe założenia. Niema dobrej okładki bez wyrazu skupienia i harmonii, zatrzymującej uwagę widza i dostarczającej wrażeń estetycznych, streszczających się w zdaniu: „Ta okładka mi się podoba”. Pierwiastek reklamowy jest nieodłączny od pojęcia frontowej karty, lecz sam w sobie nie wypełnia jej atrakcyjną treścią, ani nie nadaje pełnej formy estetycznej. Dlatego bez wątpienia smaczniejsza jest zwykła okładka typograficzna, z pożądanym znakiem firmowym wydawnictwa, aniżeli namiastka produktu artystycznego w jaskrawych barwach. Ten umiar w rysunku, czy malowaniu oraz stosowaniu kolorów cechuje najznakomitszych dzisiejszych autorów okładek: Siemaszkową, Karolaka, Sopoćkę i in. Śmiałość rysunku w dobrej okładce nie przechodzi w ordynarność, przeciwnie, odznacza się subtelnością - a nawet benedyktyńskim wysiłkiem w opracowywaniu szczegółów - i to wpływa decydująco na wywieranie efektu. Kiepski artysta upraszcza sobie zadanie do maksimum, by jak najprędzej zgarnąć honorarium, dobry nie żałuje trudu - dla niego pieniądze są sprawą wtórną, aczkolwiek wyrażają się w wyższych żądaniach. Mówią wydawcy, że artysta wysokiej klasy, jak Stryjeńska, ceni się wysoko; ależ to rzecz prosta i najbardziej zrozumiała: o ile hurtowy dostawca okładek machnie wam 30 na miesiąc, albo 24 na dobę, to „grafik z nazwiskiem” pracuje nad okładką cały miesiąc, trawiąc czas na myślowym przygotowaniu pracy. Zachowajmy należne nabożeństwo dla benedyktyńskich wysiłków ilustratorów książkowych, bez których nie byłoby Codexu Baltazara Bohema. Przyszłość zdobnictwa książkowego pozostanie zawsze w nawrocie do benedyktyńskich tradycji, a nie w futuryzmie, mimo że nazywa się on prądem przyszłości.

 

- Trzeba stwierdzić, że większość okładek powojennych straszy publiczność.

 

- Pozbawione są prostoty i światła!

 

- Albo przeładowane wręcz zabójczo kolorami!...

 

- Zagadnienie dobrego plakatu jest zagadnieniem tej samej kategorii.

 

- Niema artystów!

 

- A może jest tylko za dużo kiepskich? Są ludzie, co mówią, że niski poziom prasy współczesnej tłumaczy się nadmierną ilością ukazujących się dzienników, anemiczność literatury powojennej - pokaźną liczbą piszących, a upadek pięknej książki - mnogością firm wydawniczych. Trudno odmówić paradoksalnemu zdaniu życiowej słuszności. Z rozpraszania się indywidualnych wysiłków twórczych rodzi się masowa słabizna. Wielkość nie jest udziałem każdego twórcy dóbr duchowych, tak by mógł działać zupełnie samodzielnie. Przeciwko dążeniom do jak najprędszego uruchomienia własnego warsztatu wydawniczego podniósłbym hasło inne: najpierw długie lata terminować, zdobywać świadectwa doskonałego pracownika, następnie zasłużyć na dyplom cechowego mistrza i renomę! Niejeden niedouczony dziennikarz zajmuje przedwcześnie stanowisko naczelnego redaktora, zamiast najpierw odbyć dłuższą praktykę reportera, referenta prasowego, kierownika działu, sekretarza redakcji. Niejednemu publicyście przydałyby się jeszcze studia i uzupełnienie samokształcenia przed karierą „nauczyciela narodu”. Niejeden grafik doszedłby do wyższych osiągnięć (bardzo modne słówko!), nauczywszy się najprzód sztuki u mistrzów, zanim zacznie kształtować własny wyraz w sztuce. Z pędzla i pióra, nie wspomaganego wiedzą, nic porządnego nie wychodzi. Tak samo z warsztatu wydawcy, który nie nauczył się przedtem fachowo i solidnie, jak wydawać książki - i jakie wydawać? Oceniając krótko okładki, które mi się nie podobają, postawiłbym zarówno wydawcom jak i autorom zarzut nieuctwa, dyletantyzmu, niechlujstwa, bałaganiarstwa!

 

- Zwraca pan uwagę na grzbiety książek?

 

- Oczywiście! Grafik winien opracowywać jednocześnie z okładką za każdym razem i grzbiet książki. Co do cienkich broszurek, niema o czym mówić. Ale jeśli w rachubę wchodzi książka obejmująca ponad 10 arkuszy druku, winna ona mieć każdorazowo grzbiet ozdobny i czytelny. Taki wzorowy, „po księgarsku” opracowany grzbiet mają na przykład K. I. Gałczyńskiego „Wiersze”, według projektu Jana Knothego, w wydaniu Oficyny Księgarskiej. Również nowalie Czytelnika i Książnicy Atlas odznaczają się dbałością o wygląd grzbietu. Wymienione książki nadają się do reklamowania na wystawie nie tylko przy pomocy okładek, lecz i odpowiednich, żywych grzbietów, ustawionych sztorcem do publiczności.

 

 

Komentarze (1)

Dodaj komentarz
  • gisch

    Zdecydowanie dobra oprawa przy dobrej książce (zwłaszcza starej) to poszukiwane połączenie. Wiele razy upatrzywszy interesujący tomik, np. na Allegro zdarzało mi się zrezygnować z licytacji właśnie z powodu braku oprawy, a zwykle również wtedy, gdy była ona nieoryginalna, nowa. Oprawa współczesna, nawet robiona przez najlepszych introligatorów z najlepszej jakości materiałów nie pomoże w całkowitym odzyskaniu dawnego blasku starym książkom (zwłaszcza starodrukom). Jedynym sensownym rozwiązaniem może być oprawa naśladująca jak najwierniej (niemal fałszersko) tą epokową, czy ewentualnie rebounding (z wykorzystaniem np. masowo tłoczonych i dobrze oprawnych książek francuskich z XVIII wieku - pozostaje tylko kwestia szyldzików). Jeśli jednak uda się znaleźć książkę i o wysokich walorach tekstu, i jednocześnie pięknie oprawnej w epoce - to prawdziwa uczta dla bibliofila. Fakt, że często słono płatna i nie każdemu dostępna. Czasem jednak udaje się gdzieniegdzie upolować prawdziwe perełki za może nie grosze, lecz niezbyt wysokie ceny (co prawda, często są to książki niepozbawione uszczerbków). 130 zł za paryski tom największego dzieła Mochnackiego (z wyrwaną 1/3 strony tytułowej, ale w niezłym półskórku wybitnie z epoki - czarny, z fioletowoczerwonym papierem marmurkowym) czy 90 za tom dzieł Niemcewicza w edycji Mostowskiego (z brakiem karty przedtytułowej, luźnymi i ponadrywanymi kartami z prenumeratorami, a półskórek, choć na licach prezentujący się nieźle, na grzbiecie gdzieś 1/5 wygryziona w różnych miejscach przez papierojady) - takie ceny są możliwe do uzyskania, choć raczej od prywatnych sprzedających, ciężko o nie w antykwariatach (to chyba wynik stosunkowo rzadkiego przyjmowania do oferty egzemplarzy z brakami, a ładnie zachowane np. XVIII - wieczne polskie książki zawsze będą w cenie, nawet popularnych saskich wydawnictw dewocyjnych ciężko dostać poniżej 300 zł w przyzwoitej epokowej oprawie - dla porównania, za tą kwotę można "poszaleć" przy porządnych, albumowych wydaniach Rzepeckiego z pierwszego ćwierćwiecza XX wieku czy kupić monumentalne "Dziesięciolecie Polski Odrodzonej 1918-1928" w naprawdę dobrym stanie).

© Antykwariat Kwadryga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci