Menu

Antykwariat Kwadryga

Blog o antykwariacie i wszystkim, co jest z nim związane.

"Bestsellery z wózka" - o prywatnych antykwariatach warszawskich w 1977 roku

margala

 

bestsellery1Piotr Rachtan

BESTSELLERY Z WÓZKA

Pozostali już tylko trzej – ostatni prywatni antykwariusze warszawscy: Józef Kubicki z Hożej, Zygmunt Troszkiewicz z Pięknej i bukinista Franciszek Rudzki spod arkad na Marszałkowskiej.

Wszyscy trzej zaczynali od wózka. Albo od walizki w bramie. Brama przy takim handlu książkami jest bardzo ważna. Można tam zmajstrować magazynek niewielki, jakąś pakamerkę. I można przed deszczem się schować. Z walizką w bramie zaczynał pan Rudzki. Walizka była tekturowa, najtańsza, bo jakby Niemcy zabrali, to żadna strata. Zresztą innych wtedy, w wojnę, nie było. Więc była ta walizka i w niej podręczniki. Na wierzchu kilka bzdurek, a pod nimi - całe bogactwo, do nauki w szkole powszechnej a nawet i w gimnazjum. Po wojnie, nazajutrz po wyzwoleniu Warszawy, pan Rudzki zmienił rejon. Brama dla Świętokrzyskiej nie istniała, nie było też pewnie już ludzi, który go tam pamiętali, życie koncentrowało się na Targowej, więc i z walizką można tam było znaleźć miejsce dla siebie. Najlepiej na rogu Targowej i Ząbkowskiej, tu ruch był największy. Kupowało się wtedy wszystko, bo w ogóle jeszcze nie było polskich książek. Stopniowo liczba bukinistów na tym rogu rosła, powstała jakby giełda, ale pan Franciszek nie lubił tłoku, przeniósł się więc do Śródmieścia. I zajął witrynę cukierni Fruzinskiego, róg Wilczej i Marszałkowskiej. Po trzech latach z legalnym już zezwoleniem ze starostwa objął bramę Marszałkowska 31. Brama nie była wprawdzie frontowa, bo front i pierwsza oficyna były wspomnieniem, ale przytykała do ulicy i to było najważniejsze: pakamera w bramie, stolik na ulicy, czegóż więcej trzeba! Potem był już prawdziwy obudowany wózek plus brama, a dziś jest 1,2 metra kwadratowego też na Marszałkowskiej, pod arkadami, koło boutique'u „Cory”. Prawie sklep, przed który wynosi się co rano malowany na czerwono stół na książki i fotel, też czerwony, dla klienta, który zechce coś przewertować i poczytać. Od wózka zaczynała też rodzina Troszkiewiczów, którzy ustawili się nie opodal stacji EKD, na Marszałkowskiej, a później, częściowo w bramie, zmontowali cały sklepik, z pięterkiem nawet. Przebudowa Marszałkowskiej zepchnęła antykwariat na Lwowską, przebudowa zaś Lwowskiej - na Piękną. Całkiem odmienną drogę przeszedł pan Kubicki, który zaczynał jako czternastoletni chłopiec od grzebania w makulaturze, z której wybierał towar rozprowadzany później po dworcach kolejowych. Potem była umowa o kolportaż z Ligą Morską i Kolonialną, a później środowisko księgarzy - wydawców. Kupował od nich resztki nakładów, beletrystykę przeważnie, często były to nawet zwroty i później sprzedawał w kilkunastu punktach. W 1932 roku zabrał się za wydawanie książek. Najpierw robił dodruki, takie lżejsze, Wallace'a na przykład, ale i Zweiga. Wymyślił pan Kubicki własny system sprzedaży. W pół roku mógłby sobie pozwolić na wydatek 150 tysięcy złotych, tych przedwojennych,. ale to była właśnie połowa roku 1939. O tym systemie może dużo powiedzieć, ale istoty jego nie zdradzi. Za żadne skarby nie powie, na czym to polegało. Bo ktoś mógłby to wykorzystać, a tymczasem nie wiadomo, czy kiedyś jeszcze sam go nie zastosuje. Po wojnie udało mu się jeszcze wydać kilka tytułów, Huxleya na przykład. I „Dziesięć lat piekła w Legii Cudzoziemskiej”, które poszło momentalnie. Od roku 1949 została już tylko księgarnia na ulicy Hożej, ozdobiona nieco staroświeckim szyldem, z dwiema przeładowanymi witrynami.

 

O SWOICH KSIĘGARNIACH

Pan Rudzki jest zadowolony ze stoiska, z którego co rano musi wynieść jakieś 3 metry sześcienne książek, będzie tego z półtorej tony, rozłożyć je i poukładać. Zimą wprawdzie śnieg zawiewa i na stół z książkami, ale cóż to szkodzi, jak stół ten oblężony jest stale przez klientów. Niedawno proponowano mu prawdziwy sklep, ale pan Franciszek lubi swoje stoisko, bo ono jest takie zaczepne, mówi, i każdy przechodzień zatrzyma się przy nim choć na chwilkę. No i podatek jest mały - ksiąg żadnych prowadzić nie trzeba. Pan Troszkiewicz z kolei nie jest zadowolony ze swojego sklepu. Kafle pieca są trochę jut spękane a stojąca pośrodku koza przy silnym wietrze potrafi paskudnie dymić. Ale przede wszystkim brak jest magazynu. Gdzieś książki trzymać trzeba, a nie wszystkie nabytki sprzedaje się od razu. Józef Kubicki też nie jest zadowolony. Ciasno. Książki leżą wszędzie. Nawet blat jednej lady leży na stosie tomów. Pan Józef w swoich kilkunastu tysiącach tomów orientuje się znakomicie. Wie, że ma „Wielką koalicję” i gdzie leży drugi tom dramatów Witkacego. Ale dzisiaj nie sprzeda, bo trzeba wejść po drabinie, a na to potrzeba czasu. Pan Józef ma już 70 lat i chore serce. Więc sprzedaż każdej książki, która leży poza zasięgiem ręki, odkłada na jutro.

bestsellery2

 

O TYCH CO SPRZEDAJĄ KSIĄŻKI

Ludzie sprzedają książki z różnych powodów. Jeden dziedziczy po kimś księgozbiór i, jeśli się nie zna to sprzedać chce wszystko. Może też zmienić zainteresowania, albo mieszkanie i przeprowadza selekcję. Do tych klientów antykwariusze przeważnie jeżdżą. Klient daje im wolną rękę i można sobie wtedy wybierać. To są klienci-hurtownicy. Ale dużo jest też detalistów, co przychodzą z jedną, dwiema książkami. Przeważnie kryminałami, albo fantastyczno-naukowymi. I przeważnie po to, żeby od razu kupić nowy kryminał, który za tydzień przyniesie się do sprzedaży.

Każdą kupiona od klienta książkę trzeba wciągnąć do rejestru. Bo od nabytków płaci się podatek. Lecz co zrobić jeśli przyniesiony kryminał wyrywa sobie z rąk od razu paru klientów?

 

O KLIENTACH KTÓRYCH SIĘ NIE LUBI

Nie lubi się poszukiwaczy pornografii, pan Rudzki pędzi ich od siebie jak zarazę. Nie lubi się klientów marudnych, co zabijają swój czas w księgarni. Najtrudniejsi są ci, którzy nie znają się na książkach i nie bardzo wiedzą czego im potrzeba. Nie lubi się klientów, którzy nie potrafią książki przejrzeć, obwolutę przesuwają i ślinią do tego palce. Sympatii nie budzą też poszukiwacze komiksów, kryminałów i tylko tego co lekkie, pikantne. Bo ci ludzie nie znają się w ogóle na książkach i książki nie potrafią uszanować. Połowa klientów szuka kryminałów, a z nich większość to kobiety. Snobów, co książkę szanują, ale kupują nie dla niej samej, a dla prestiżu, też się nie lubi. Takich jak jeden dawny klient Troszkiewicza, co chciał pół metra książek, żeby były w skórze i żeby miały dużo złoceń, bo tyle akurat mu brakowało. A najlepiej by było, mówił ten klient, żeby same eleganckie okładki antykwariusz mu sprzedawał. „A jak ktoś zechce obejrzeć?” - spytał p. Troszkiewicz, ale klient wytłumaczył, że książki i tak w szafach są zamknięte, a w ogóle to niech wie, że on takich, co książki przeglądają, u siebie nie przyjmuje. Takich snobów już dziś nie ma, ale są inni, którzy na przykład Ulissesa za każda cenę muszą mieć, choć to książka trudna i sam pan Zygmunt przyznaje, że przeczytał z niej zaledwie 24 strony.

 

O KLIENTACH KTÓRYCH SIĘ LUBI

Lubi się klienta, który, zanim kupi książkę, to ją musi przejrzeć, parę stron przeczytać, posmakować. Lubi się tych co wiedzą czego chcą. Taki klient nie stoi, nie rozgląda się po półkach, tylko od razu pyta, czy jest to a to i czasu nie zajmuje. Lubi się jeszcze zbieraczy. Warto im poświęcić czas, wyszukać, zapisać, czego potrzebują, nawet wysłać potem pocztą za zaliczeniem. Teraz jest dużo zbieraczy, po wojnie było ich kilku, ale jak ludzie ustabilizowali się, stali się zamożniejsi, to i książki zaczęli gromadzić. Dużo młodych teraz zbiera, o wiele więcej niż dawniej. Młodzi gromadzą głównie beletrystykę współczesną, starsi, w średnim wieku, pytają przeważnie o książki o drugiej wojnie światowej. Zbieracze lubią szperać wśród półek. Godzinami potrafią kucki przeglądać jakieś zakurzone foliały.

 

O KONTROLACH

Przez kontrole także pan Rudzki nie chciałby zamienić stoiska na sklep. Bo jak zimą przyjdzie inspektor, to po pięciu minutach rezygnuje i mówi, żeby pan Franciszek sam do niego się pofatygował i po prostu powiedział mu, co i jak. Zresztą teraz, od kilku lat, prawie żadnych kontroli nie ma.

 

O CENACH

Nie lubią mówić o cenach. Bo właściwie, według prawa, każda książka ma termin ochronny, dwa do pięciu lat, i jeśli nakład jest wyczerpany to można ją sprzedać po cenie o 30 proc. wyższej od państwowej. Ale na targowiskach, gdzie handluje się też i przebojami książkowymi, ceny nieraz się zwielokrotniają. Trzynastotomowa encyklopedia powszechna kosztuje 6 tys. zł. a „Trędowatą” można sprzedać za paręset złotych, zupełnie jak sennik egipski w groszowym przedwojennym wydaniu, który na targowisku wart jest 500 zł. Każdą książkę trzeba wycenić indywidualnie. Nie wypada więc tak robić, jak pan Bolesław pod Halą Mirowską, który książki segregował na te po 5 zł, na te po 10 i po 20. Pan Rudzki mówi, że wstydziłby się książkami tak handlować, jak kartoflarni, nie przymierzając. Najwyższą cenę uzyskał pan Kubicki za 16 tomów heraldyki Bonieckiego, niedokończonej, bo ostatni tom na literę N wyszedł w 1939 roku, dostał 14,5 tys. złotych. Niedawno w Bydgoszczy za to samo płacono 32 tysiące, a teraz p. Kubicki słyszał o jednym, któremu proponują 60 tysięcy, ale on nie godzi się, bo chce więcej. I Józef Kubicki żałuje, że trzydzieści lat temu nie poszukał jeszcze jednego kompletu, wtedy ludzie łatwo wyzbywali się takich książek a i szabrownicy przywozili pełne worki cennych woluminów i sprzedawali za grosze na wagę.

 

O KONKURENCJI

Uważają, te nie robią sobie żadnej konkurencji: Jeśli przychodzi klient do p. Kubickiego i pyta o książkę z psychologii, stary antykwariusz odsyła go do Troszkiewiczów. Albo do państwowego antykwariatu. Mówią o sobie z szacunkiem, wiedzą, co który prowadzi i czego u kolegi można się spodziewać. P. Rudzki zaś twierdzi, że nawet stu bukinistów w Warszawie nie przyniesie mu szkody, bo dla każdego starczy dziś klientów. Szkoda więc nawet, że jest ich tak mało, i że są już właściwie tylko dekoracją miasta.

 

O NASTĘPCACH

Jeden Troszkiewicz może liczyć na to, że syn przejmie po nim schedę. Pan Rudzki składa pieniądze na emeryturę a Józef Kubicki marzy, że kiedyś sprowadzi jakąś ubogą rodzinę z dalekiego kraju, z Indii na przykład, nauczy po polsku mówić i czytać, rozkocha w polskich książkach i przekaże potem antykwariat. O ile czasu mu na to starczy, bo lata płyną, serce słabe a książek coraz więcej.

 

 

[źródło: "Kulisy. Express Wieczorny" nr 10 (1046) z 6 marca 1977 r.]

 

 

 

XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX

Po 40 latach po ukazaniu się artykułu zapraszamy do Antykwariatu Kwadryga na ulicę Wilczą 29A i do sklepu internetowego www.kwadryga.com

Z opisanych powyżej punktów działa nadal Antykwariat pana Kubickiego na Hożej 27a i Antykwariat Troszkiewiczów już nie na ul. Pięknej ale na Wspólnej 51.

 

© Antykwariat Kwadryga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci