Menu

Antykwariat Kwadryga

Blog o antykwariacie i wszystkim, co jest z nim związane.

Jan Straus: Biesiada TB5 i Kwadryga na Kaliskiej. Odcinek 2

margala

Nieporozumienie z nazwiskiem na wizytówce, była ona prezentem dla gospodarza a pan Artur nie podszywał się pod Marchlewskiego, wkrótce się wyjaśniło i po posiłku mogliśmy przystąpić do oglądania przyniesionych przez biesiadników książek. „Towary” przyniesione przez przedstawiciela „KWADRYGI” na nasze spotkanie, w dodatku zaprawione szczyptą alkoholu niestety sprawiły, że nasze obrady potoczyły się w zgoła nieoczekiwanym i w dodatku bynajmniej nieprokreacyjnym kierunku.

Zdobyczy własnych, które się przy takich okazjach pokazuje, na ogół się nie pamięta, natomiast w serce zapadają książki cudze, zwłaszcza takie, których się od dawna poszukuje: w moim przypadku były to przyniesione przez pana Jastrzębskiego wiersze Franciszki Arnsztajnowej i Józefa Czechowicza Stare kamienie. Wypada tu dodać, że jest to druk szczególny, bo nie tylko należy on do trzech, najtrudniejszych do zdobycia tomów Czechowicza (pozostałe to W błyskawicy i Arkusz poetycki) ale jest to również jedyne, w pełni bibliofilskie wydanie wierszy lubelskiego poety za jego życia. Ukazało się ono w 1934 roku, w ilości 125 egzemplarzy, na papierze czerpanym mirkowskim, jako tom piąty „Biblioteczki Lubelskiego Towarzystwa Miłośników Książki”. Nabyłem co prawda egzemplarz tego wydawnictwa jakiś czas temu na Allegro, ale miał on obcięte brzegi i nie posiadał oryginalnych okładek, zaś egzemplarz „Kwadrygi” dotrwał zaś do naszych dni w stanie nieledwie wydawniczym.

stare_kamienie

Zawiera on piętnaście, celowo niepodpisanych, bo bardzo do siebie pod względem klimatu i formy pasujących, nigdy wcześniej niepublikowanych wierszy: siedem autorstwa Józefa Czechowicza i osiem, o prawie dwa pokolenia od poety starszej - Franciszki Arnsztajnowej. Dziś, gdy już mało kto o urodzonej w 1865 roku w Lublinie poetce pamięta, wypada zauważyć, że jej nieco chropowate rymy są od śpiewnych wersów Czechowicza nie tylko nie gorsze, ale mogą się od nich nawet wydawać jakby nieco współcześniejsze. Dobrym przykładem może być wiersz Ulica Grodzka, która:

 

Przed rynku kamienicą uchodząc narożną.

zrazu z palcem na ustach, stąpając ostrożnie,

sunie chyłkiem jak trusia stateczna i cicha.

I nagle, zda się, jakieś wstąpiło w nią licho,

zerwie się i zatoczy, jak chłop na jarmarku,

pijanym okiem zerknie na plac Starej Fary

i z górki na pazurki pędzi całą parą.

Kruszący się dom stary, zwalony na poły

patrzy się z przerażeniem z pustych oczodołów,

jak po kocich łbach skacze wprost na Grodzką Bramę,

by w szalonej ucieczce na złamanie karku,

niby pociąg w tunelu, skryć się w czarnej jamie.

 

Józef Czechowicz był (bodajże obok Tytusa Czyżewskiego) tym poetą, na którego tomiki zacząłem polować najwcześniej, bo jeszcze na początku lat 70. Długo moim marzeniem było zdobycie, wydanego w 1926 roku, w nakładzie 500 egzemplarzy, jego debiutanckiego zbioru wierszy, zatytułowanego Kamień. Gdy, po kilkunastu latach posuchy, na rynku antykwarskim pojawiło się aż kilka jego egzemplarzy, nabyłem dwa z nich, w tym jeden z dedykacją autora, który posiadam po dziś dzień.

Drugi z nich nabyłem dla przyjaciela domu moich rodziców, harcmistrza Jerzego Czechowicza, przed samą wojną drużynowego pomarańczowej drużyny harcerskiej działającej przy warszawskim liceum im. Stefana Batorego 1, uczestnika powstania warszawskiego (sierżant podchorąży), po wojnie jednego z najmłodszych dr habilitowanych Politechniki Warszawskiej, relegowanego z tej uczelni w czasach stalinowskich za odmowę przyjęcia, nadanego mu przez komunistów odznaczenia – człowieka, który w wielu sytuacjach życiowych był dla mnie później wzorem. To od niego po raz pierwszy usłyszałem o Kamieniu i dobrze pamiętam dzień, w którym próbował mi wytłumaczyć jak wyglądała zdobiąca ten tom, pomarańczowo żółta, przecięta ukośnie rzuconym strumieniem światła okładka. 

kamien1

Miał tę książkę przed wojną i opowiadał mi o niej również u siebie w domu, w Milanówku, pokazując resztki swoich, wygrzebanych spod gruzów zbiorów, ze stronami noszącymi charakterystyczne ślady wgnieceń po okruchach tynku wbitych w papier żołnierskimi butami.

Zakupiony przeze mnie egzemplarz Kamienia nigdy do jego rąk nie dotarł, bowiem w parę tygodni później, 24 marca 1976 roku, Jerzy Czechowicz zginął tragiczną śmiercią w w czasie burzy śnieżnej w dolinie Pięciu Stawów w Tatrach. Z pozostawionych przez niego papierów nabyłem parę książek, w tym Nutę człowieczą i przedwojenną mapę Huculszczyzny, którą Pan Jerzy otrzymał w prezencie od prof. Marii Ossowskiej, nazywanej przez niego czule Maryjką. Wraz z tą mapą odziedziczyłem po nim również sympatię do tej górskiej krainy.

Niestety nigdy nie udało mi się nabyć żadnego z 25, wytłoczonych na czerpanym, mirkowskim papierze, egzemplarzy specjalnych Kamienia, które zostały przez wydawcę tego tomu, czasopismo „Reflektor”, ozdobione sporym, umieszczonym w miejscu frontispisu, wykonanym sangwiną portretem poety. Egzemplarz taki w handlu, za mojej pamięci, pojawił się tylko raz, w latach 80. XX wieku. Pozostawiony do wyceny w warszawskim Antykwariacie Naukowym w Alejach Ujazdowskich, nie został on pomimo moich próśb zakupiony – zaoferowana cena okazała się zbyt niska – a ja wyżebrawszy od pracowników antykwariatu adres jego właściciela, przez ponad pół roku na próżno kołatałem do jednego z mieszkań mieszczących się w bloku na tyłach ulicy Woronicza. Na nic zdały się również pozostawiane przeze mnie w drzwiach rozpaczliwe karteczki.

Pomimo wieloletniej współpracy z „Kameną”: Kamień i Stare kamienie to jedyne tomiki Józefa Czechowicza, które ukazały się w Lublinie, pozostałe zbiory swoich wierszy poeta wydał bowiem już w Warszawie, przy czym dwa z nich: W błyskawicy i Ballada z tamtej strony, w bibliotece miesięcznika „Droga”. Pierwszej z tych książek, noszącej inny tytuł na stronie tytułowej a inny na okładce sporo miejsca poświęciłem w mojej Przygodzie z erratą,

z_bylyskawicy

z_blyskawicy_2

w drugiej - nieodkrytych tajemnic w zasadzie już nie ma i może tylko warta przypomnienia jest jej bardzo oryginalna projektu Krystyny Dębickiej okładka, bo szperając w internecie po stronach powiązanych z Czechowiczem, na żadnej z nich, na jej podobiznę nie natrafiłem.2

 

ballada_z_tamtej_storny

Pisząc te słowa zajrzałem do mojego egzemplarza Ballady z tamtej strony i z przyjemnością zauważyłem w nim niewielką kartkę informującą, że pochodzi on ze zbiorów jednego z członków założycieli, reaktywowanego po wojnie Towarzystwa Bibliofilów Polskich w Warszawie, wybitnego varsavianisty (redaktora „Stolicy”) i mickiewiczologa (autora dzieła Te księgi proste) Teofila Sygi. Książki z jego dobrze mi znanej (często bywałem w jego mieszkaniu przy Mokotowskiej), liczącej ponad 10 tys. tomów inteligenckiej biblioteki były bogate nie tyle w druki pięknie oprawne, co w publikacje rzadkie i interesujące.

Po śmierci kolekcjonera trafiły one po części do warszawskiego Muzeum Literatury (pierwodruki Mickiewicza), zasiliły aukcje: Andrzeja Ochalskiego (przede wszystkim wydane przed 1939 rokiem pamiętniki), Antykwariatu Naukowego „Logos” w Warszawie (dzieła różne) oraz kolejne aukcje bibliofilskie (między innymi arcyrzadkie druki ulotne z czasów Królestwa Kongresowego i liczący ponad 400 tomów zbiór poezji międzywojennej, z opisywaną tutaj Balladą z tamtej strony na czele).

Niestety ogromna, powojenna część tego księgozbioru, z licznymi dedykacjami i adnotacjami autora Tych ksiąg prostych – została przez jego kolejnych spadkobierców sprzedana na wagę i wywieziona na makulaturę. Z ważącej ponad trzy tony biblioteki, wycenionej przez handlarza na oko: na 300 zł – hic transit gloria mundi - udało mi się w ostatniej chwili wyrwać kilkanaście kilogramów papieru: kilka teczek dokumentów i paręnaście ważniejszych książek: między innymi Cmentarz Powązkowski Stanisława Szenica, czterotomową historię Prasy Polskiej oraz trochę najrozmaitszych, niskonakładowych zbiorów materiałów, powstałych na kanwie konferencji mickiewiczowskich. Więcej – by nie umniejszyć zbytnio „masy” spadkowej – był to chyba rok 1992 i rynek na książki powojenne był bardzo kiepski - pomimo wcześniejszych uzgodnień (na myszkowanie miałem 3 godziny) zabrać mi nie dozwolono. Nie było zresztą czasu na żadne kombinacje: bardzo atrakcyjne mieszkanie po Sydze (w starej kamienicy przy ulicy Mokotowskiej) było już bowiem wystawione na sprzedaż – czasy były ciężkie - i musiało być opróżnione natychmiast.

Pomimo relatywnie dużej rzadkości wszystkich, wymienionych tu przeze mnie tomów wierszy Józefa Czechowicza, tylko jednego z nich nie udało mi się odnaleźć w ważniejszych, publicznych księgozbiorach warszawskich: był nim wydany w [1939] roku – Arkusz poetycki. Ukazał się on w oficynie F. Hoesicka jako nr 3  mini serii, promującej (każdy numer osobno) dorobek dziesięciu, powiązanych z awangardą, poetów: Juliana Przybosia, Stanisława Piętaka, Józefa Czechowicza, Jana Brzękowskiego,Wacława Iwaniuka, Władysława Sebyły, Henryka Domińskiego, Jalu Kurka, Jana Bolesława Ożoga i Mariana Czuchnowskiego.

arkusz_poetycki

Arkusze te, w komplecie, nabyłem za grosze przed wieloma laty w prywatnym antykwariacie starego Kubickiego nie bardzo wtedy wiedząc, co kupuję (arkusze są niedatowane), bo i sam antykwariusz – tak to przynajmniej wynikało z przeprowadzonej z nim po zakupie rozmowy - nie bardzo nawet wiedział, czy mi sprzedaje produkt: przed, czy powojenny.

Wątpliwości takich nie miałem kupując na początku lat 80. ubiegłego wieku, wydane w 1931 roku Nowości lubelskie. Tej niewielkiej broszurki, na okładce której nazwisko Czechowicza figuruje w miejscu wydawcy, szukałem bowiem już od pewnego czasu, wiedząc od wtajemniczonych, że jej współautorką była zaprzyjaźniona z poetą Wanda Jagienka Śliwina, autorka jednej z moich najwcześniejszych bibliofilskich „porażek”, pisująca często pod pseudonimem: JAGIENKA spod Lublina.

nowosci_lubelskie

Moja z nią klęska wiązała się ze zorganizowanym, bodajże w 1975 roku, przez Juliusza Wiktora Gomulickiego konkursem na najciekawszą, przyniesioną przez członków Towarzystwa Miłośników Książki – ówczesna nazwa TBP - na zebranie Towarzystwa książkę. Pewny zwycięstwa i spocony z emocji, „przytachałem” wówczas na to spotkanie, pożyczone od kolegi: pierwsze polskie, jeszcze osiemnastowieczne, wydanie słynnego dzieła o Onanizmie księdza Tissota. Rozczarowanie moje było więc wielkie, gdy JWG, po starej znajomości palmę pierwszeństwa - tak mi się wtedy nie bez racji wydawało - przyznał „odprawiającego” z nim słynne, bibliofilskie sobótki Józefowi Chudkowi3, który przyniósł z sobą niewielki tomik poezji – nazwisko jego autorki zapamiętałem na całe życie - nieznanej mi jeszcze Śliwiny.

Nowości lubelskie, wzorowane na słynnym, ułożonym przez Kazimierza Piekarskiego, Stanisława Bystronia i Franciszka Bielaka prześmiewczym, 13 zeszycie Przewodnika Bibliograficznego na rok 19254 , noszące wiele mówiący podtytuł Katalog regionalny najwybitniejszych autorów miejscowych, zawierają opisy, wyimaginowanych przez Czechowicza i Śliwinę, lubelskich utworów literackich i naukowych, wśród których godne odnotowania są autoparodie prac obojga autorów. W tej 16. stronicowej pseudo bibliografii, pojawiają się oni pod nazwiskami własnymi: Czechowicz jako autor dzieła:

 

Wskazówki metodyczne do interpunkcji w poezji. Tom pierwszy lepszy. Polecone przez „Reflektora” Lublin 1927. Nakładem szkoły specjalnej

 

Śliwina jako:

 

Jagienka spod Lublina: Tajemnice mojego haremu. Lublin 1900. Nakładem K. Makuszyńskiego.

 

O ile w przypadku „dzieła o przecinkach” Czechowicza, pewien sarkazm zawarty w jego tytule jest łatwo wyczuwalny i zrozumiały, to z rozszyfrowaniem złośliwości zawartych w Tajemnicach mojego haremu Śliwiny mamy już dziś pewne trudności. Wyjaśniają je dopiero polemiki literackie toczone przez poetkę, która była feministką, z Kornelem Makuszyńskim (Żywot Pani) i Antonim Ossendowskim (powieść Orlice), gloryfikującymi kobietę w roli służebniczki rodziny i pana domu tudzież bohaterskiej matki Polki.

Odpowiedzią obdarzonej ciętym językiem Śliwiny, na - w jej mniemaniu - ośmieszające płeć piękną dzieła kolegów, były dwie niewielkie, satyryczne książeczki: Żywot Pana i Bażanty, które – zwłaszcza to ostatnie - przyniosły Jagience spod Lublina spory i zasłużony - jak świadczą przytoczone poniżej fragmenty - rozgłos.

 

Siła woli.

Kobieta jest to stworzenie kapryśne, słabowolne, histeryczne, po prostu nie wytrzymujące krytyki, według twierdzeń wszelakiego gatunku satyryków. Za to męskość – vice versa - posiada na każdą damska wadę, co najmniej dwie zalety, a jeśli nie jest brana żywcem do nieba , to tylko dlatego, aby dobrym przykładem służyć mogła ku nawróceniu tych, co nawracać się powinny na ziemi i w niebie.

Więc pan ma przede wszystkim „silną wolę”. To znaczy, że choćby nie było na jutrzejszy obiad, on dzisiaj urżnie się w knajpie z kolegami, jeżeli mu na to przyszła ochota. Doprowadzanie ochoty do skutku jest, w pierwszym rzędzie, dowodem męskiej, silnej woli. Dlatego, najprawdopodobniej mamy tylu bażantów cierpiących na choroby, pochodzące w swym brzmieniu od Venery, że ich ta silno-wolna ochota, pcha przeciwko wszelkiej logice i rozsądkowi, ku – mniej lub więcej – podejrzanym uciechom.

 

Bażanty zacytowałem od pierwszej lepszej strony, jak leci, wcale nie szukając smaczniejszych od powyższego kawałków, (a jest ich tam sporo), nic więc dziwnego, że zostały one przez „obrażany” w nich ród męski wytępione dosłownie do szczętu, o czym świadczy brak tego zacnego dziełka w największych polskich bibliotekach, z Biblioteką Narodową włącznie. Za jego ogromną rzadkością przemawia także fakt, że biografowie Śliwiny najprawdopodobniej nie mieli go w ręku, inaczej bowiem nie podawaliby, że Bażanty ukazały się w 1925 roku w Lubartowie, a nie jak to miało w rzeczywistości miejsce, nakładem Księgarni J. i W. Cholewińskich w Lublinie.

bazanty

Około 10 wieczór, przeplatane kolejnymi pokazami i toastami spotkanie towarzystwa biesiad pięciu na Kaliskiej (łącznie oglądaliśmy ponad 30 rzadkich druków, toastów nie liczyłem) powoli miało się ku końcowi, jak zwykle żartowaliśmy z siebie nawzajem i przy okazji z Pana Artura namawiając go, by wspaniały, broszurowy okaz Starych kamieni „korzystnie” zamienił na „o wiele elegantszy” bo oprawny w zielone płótno, egzemplarz gospodarza. I choć zasłaniający się stratami finansowymi i gniewem wiecznie zabieganego wspólnika, pan Artur, co do proponowanej wymiany, przejawiał postawę zdecydowanie niechętna, postanowiłem go możliwie szybko do niej przekonać, odwiedziwszy w macierzystym antykwariacie.

Miałem ku temu okazję, bowiem chciałem obejrzeć dokładnie, stan zakupionej właśnie przez „KWADRYGĘ” okładki autorstwa Jana Levit. Spieszyć się – i słusznie - wypadało, bo jak się później okazało nie tylko ja jeden z obecnych na Kaliskiej komilitonów wpadłem na podobny pomysł.

 

C.D.N.

 

Wcześniejszy odcinek: http://kwadryga.blox.pl/2017/04/Jan-Straus-Biesiada-TB5-i-Kwadryga-na-Kaliskiej.html

___________________________________________

1 Starszego kolegi i wychowawcy późniejszych żołnierzy warszawskich Grup Szturmowych: Tadeusza Zawadzkiego - „Zośki”, Jana Bytnara – Rudego i Aleksego Dawidowskiego – Alka,

2Przy omawianiu Ballady z tamtej strony reprodukowana jest jedynie jej strona tytułowa

3Cosobotnie spotkania obu kolekcjonerów, omawiających co tydzień swoje najciekawsze nabytki.

4Przewodnik Bibliograficzny, Miesięcznik dla wydawców, księgarzy, antykwarzów jako też czytających i kupujących książki. Założony w 1868 roku, obecnie wydawany przez Narodowy Instytut Bibliograficzny w Niebylu pod redakcją Szymona Starowolskiego, J. A. Załuskiego, J.D. Janowskiego, M. H. Muszyńskiego i A.B. Jochera.

 

© Antykwariat Kwadryga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci