Menu

Antykwariat Kwadryga

Blog o antykwariacie i wszystkim, co jest z nim związane.

Jan Straus: Biesiada TB5 i Kwadryga na Kaliskiej. Odcinek 1

margala

W czasach, gdy życie towarzyskie przeniosło się do internetu, w szczupłym, męskim gronie postanowiliśmy podtrzymywać starożytną tradycję zakrapianych biesiad bibliofilskich i w rozległym cieniu naszej macierzystej organizacji – Towarzystwa Bibliofilów Polskich - oraz Opus Dei powołaliśmy TB5, czyli - Towarzystwo Biesiad Pięciu. Z zasad typowych dla organizacji tajnych przejęliśmy tę, że spotykamy się nieregularnie i zawsze w lokalu okresowo wyjętym spod współmałżeńskiej kontroli. Nasze spotkania są więc także rodzajem krótkiego treningu przed dłuższą próba samotnego przetrwania, ponieważ to na gospodarzu spoczywa obowiązek przygotowania odpowiedniego posiłku a na uczestnikach zaszczyt jego godnego spożycia i przeżycia.

 

Menu naszych spotkań w rodzaju prosię na chrupko z gęsią (po wierzchu) skórką, w pełni demokratyczna zupa rybna, w której na zasadach egalité i fraternité rożne gatunki ryb pływają, ziemniaczki ze zsiadłym, specjalnie na tę okazję wysezonowanym, kobylim mlekiem z okolic Błonia, czy też śledziki pod pierzynką, na wszelki wypadek trzymane w lodówce, zyskały już dawno międzynarodową sławę i tylko ustawiczna zmiana lokali, w których biesiadujemy, sprawia, że nasza kuchnia nie znalazła się jeszcze w ostatnim przewodniku kulinarnym Michelina.

 

Nasze małżonki, świadome ubogacenia duchowego, które naszym spotkaniom towarzyszy, na powyższe brewerie pozwalają, tolerując ubytki w zawartości domowych lodówek tudzież w lotnych substancjach płynnych, które temu zjawisku towarzyszą, bowiem świetnie wiedzą, że po doraźnym zaspokojeniu potrzeb cielesnych, rozmawiając o przynoszonych na kolejne spotkania książkach, czule je (bo jeszcze nas z domu wraz z biblioteką nie wywaliły) wspominamy.

 

Oczywiście pokazywanym przez nas woluminom daleko jest do półskórków na ogół tylko udających oprawy Radziszewskiego czy też Jahody, masowo pokazywanych w kolejnych postach fejsbukowej „Bibliomanii” choć i nam się: niczym ślepym kurom ziarno, czasami coś wyjątkowego w rodzaju oprawy Semkowicza czy też Recmanika trafia. Cieszą nas więc raczej egzemplarze skromne: chociażby pierwsze wydania Gustawa Morcinka - za którymi pasjami przepada Józek, czy też powojenne wznowienia dzieł Wandy Wasilewskiej, którymi, z kolei ja, przez przezacnych moich komilitonów bywam szczególnie szczodrze obdarowywany; toczymy bowiem z Józkiem bój zawzięty, które z tych pisarzy wniosło większy wkład do literatury ojczystej. Za Morcinkiem przemawiają Wyorane kamienie1, którymi, wzniecając smog, suweren do dziś pali w piecach, za Wasilewską fakt, że będąc chrzestną córką marszałka Piłsudskiego, Ojczyznę2 , bezpartyjnie sprzedawała jeszcze przed wojną, jako obiecująca autorka międzywojennego „Roju”.

 

Na szczęście prawie każdy z nas zbiera trochę co innego: niżej podpisany, w ustawicznym poszukiwaniu „Ziemi na lewo”, kolekcjonuje wszelakiego rodzaju rara et curiosa tudzież broszurowe, zwykle nieco obdarte okładki, laskonogi Józek szczęśliwy po bogatym ożenku zakochał się socrealizmie i śni mu się po nocach egzemplarz WKPB z odręcznymi poprawkami Stalina, zaś jedyny, prawdziwy wśród nas poeta - Roman - poszukuje książek o czasomierzach marki Błonie oraz wszelakich szarad i zagadek w rodzaju: nie je, nie pije, a chodzi i nie wiadomo czemu bije. Literatury wodzowskiej i legionowej poszukuje jedynie zawodowo uzależniony od świeżych dostaw starej makulatury Tomek, choć i jemu, nie wiedząc czemu, zamiast opiewających PiS utworów poetów wyklętych, co i raz trafia się jakiś okupacyjny maszynopis wierszy Czesława Miłosza, który przecież, tak twierdzi dobra zmiana historyków literatury ojczystej, przecież nigdy „prawdziwym Polakiem” nie był. Wyje wtedy nieszczęsny z rozpaczy i nie bacząc na chorą wątrobę idzie upić się do aktorów na poczet dochodów przyszłych.

 

Najtrudniej z nas wszystkich ma jednak Wojtek, ostatni w III a pierwszy w IV RP napoleonida, co wyspecjalizowawszy się w przejmowaniu księgozbiorów po swoich i nie swoich przodkach, uparcie poszukuje przekonywujących dowodów, że Napoleon istniał naprawdę, dlatego też ukrywamy przed nim (by nie popadł w depresję) niewielką, wydaną w 1837 roku w Poznaniu książeczkę, zaczynające się od złowrogich słów:

 

Napoleon Bonaparte, o którym tyle mówiono i pisano, nigdy nie żył.

 

Pokazuję ją tutaj specjalnie byście i WY szanowni państwo mogli nam w dziele ratowania kolegi przed tą książeczką dopomóc.

dowod_ze_napoleon

Zadbajcie jednak, by nie spotkał jej los, wydanego w 1925 roku we Lwowie poważnego, naukowego studium dr Karola Stojanowskiego, zatytułowanego: Rasowe zróżnicowanie genitaliów męskich a circumcensis. Padło ono z rąk wszetecznego lewactwa, by nie stać się niewątpliwą pomocą dla wszelakiej narodowej młodzi w rozsądzeniu, kto prawdziwym Polakiem, zwłaszcza na kresach, był a kto nie. Wyniszczyło ono to dzieło tak doszczętnie, iż mimo że jego autorowi, wybito, widoczny na okładce brązowy medal, nie można tej książki dostać, w żadnym, z porządnych antykwariatów.

rasowe_zroznicowanie_genitaliow

Jednakowoż i z zawartym w niej, ewentualnym kryterium polskości mamy istotny kłopot, bo czyż typowo narodowo polski ma wygląd członka grupy typu subnordycznego, dynarskiego czy też presłowiańskiego?

no111_b

Jako osobnik, przynajmniej z nazwiska, potencjalnie subnordycki, głosowałbym raczej za miłościwie nam panującym kutasem presłowiańskim, proponując jednak szybkie – ścieżka poselska - ustawowe rozwiązanie tej sprawy, najchętniej w korzystnym powiązaniu z programem 500+.

 

Z tym ostatnim tematem dobrze koresponduje, odkryty w trakcie biesiad TB5 na potrzeby polskiego społeczeństwa przyrząd Nr 111.

 no1114

W opisie tego epokowego, chronionego polskim patentem Nr. 111.32 urządzenia bowiem czytamy:

 

Aparat 111 przedstawia się jako swojego rodzaju manszet sporządzony z gumy cielistego koloru wysokości 3 i 5 cm o rozmaitej średnicy. U dołu jest zakończony wałowatym pierścieniem również gumowym, u wylotu którego znajduje się gałka metalowa, otwierająca i zamykająca wentyl. Na zewnętrznej stronie pierścienia znajduje się gwintowany czopek dla wkręcenia pompki tłoczącej powietrze, aparat obejmuje tylko tylną część członka, przednia jego część i żołądź pozostają aparatem nieokryte.

 

Zostawiając zainteresowanym dotarcie do szczegółowego opisu zasad działania tego aparatu3 pragnę tylko za jego wynalazcą przytoczyć fragment instrukcji mówiący, że nałożony na „osłabłego penisa” działa on skutecznie zapobiegając tej, osobliwej formie impotencji psychicznej

 

przy której mężczyzna spółkować może tylko z pewnymi kategoriami kobiet, albo wymaga, by kobieta była szczelnie okryta, względnie rozebrana do zupełnego negliżu.

 

Bacząc na wykazaną w listach od użytkowników blisko 100% skuteczność tego urządzenia,:

 

Skonstatowałem, że gdy się tylko ukazywała chęć do spółkowania, pomimo osłabionego penisa, to tylko przez nałożenie aparatu „Nr 11” akt bezwzględnie udać się musiał. Na samo tylko przeświadczenie, że jest się w posiadaniu tak cennego przyrządu, wywołuje to wpływ zbawienny i udało mi się uzyskać akt bez użycia go.

W. H. Gdynia. 17. II. 1932

 

popartą rzetelną, producencką gwarancją, sądzę, że aparat NR 111 mógłby się stać (oczywiście obok dronów, promów pasażerskich i samochodów elektrycznych) jednym ze sztandarowych wyrobów naszego, upaństwowionego przez premiera Morawieckiego przemysłu kluczowego, w dodatku skutecznego w walce z obcą naszej, narodowej kulturze wiagrą. Przemawiają za tym: jego konkurencyjna (nawet w stosunku do dronów) – 50 zł wraz z pompką i obrączką gumową ułatwiającą przesunięcie członka przez aparat - cena oraz możliwości eksportowe jakie otwierają przed Polską posiadane przezeń patenty: w U.S.A, w Niemczech i we Francji tudzież fakt. że

 

został on podany do opatentowania także w innych kulturalnych państwach”

 

Najważniejszym wydaje się nam jednak brak wyraźnej sprzeczności – zasady działania naszego urządzenia - z prokreacyjnymi naukami kościoła.

 

Pięcioosobowy skład naszego Towarzystwa i aż sześć miejsc przy stole sprawiają, że w przypadku tematów tak istotnych jak chociażby pomnożenie dzietności naszego narodu, zwykle dopraszamy do naszego grona ekspertów, najczęściej powiązanych z naszym macierzystym towarzystwem. Tak było i ostatnim razem: zaproszenie na biesiadę w naszym gronie przyjął bowiem znakomity znawca tematu: redaktor J.M. z Warszawy. Ponieważ jednak każda propozycja wdrożenia do produkcji jakiegoś produktu wymaga dokładnych badań rynku, postanowiliśmy nasze grono rozszerzyć o przedstawiciela firmy, która, choćby na początek, mogłaby się zająć pilotażową dystrybucją ulotek reklamujących przyrząd Nr. 111 i padło na „KWADRYGĘ”.

 

Napisałem postanowiliśmy, bowiem tego typu decyzje podejmowane są przez gospodarza biesiady po konsultacjach z resztą jej stałych uczestników, a te okazały się trudne: Część kolegów optowała bowiem za apteką w Krośniewicach, część za jakąś jeszcze poważniejszą instytucją farmaceutyczną. Zastrzeżenia zwłaszcza budził podejrzany adres „KWADRYGI”, podzielny tylko przez liczby 1, 29 i literę a, tudzież skojarzenia wywołane nazwą ulicy, przy której się ona mieści. Przyznacie Państwo, że kwadryga zwłaszcza wilcza, gdy się ją zaprasza na obiad, może dla reszty gości zabrzmieć niepokojąco.4

 

Zwyciężyły w końcu argumenty piszącego te słowa, który za pośrednictwem allegro w wymienionej „KWADRYDZE” nabył szereg rzadkich broszur farmaceutycznych, takich jak chociażby Kaszel w karykaturze reklamująca „nietoksyczne sedativum uporczywego kaszlu” czyli (po polsku mówiąc) pastylki Codoforme bottu.

 kaszel_w_karykaturzZe1

Ukazała się ona w 1939 roku, jako numer czwarty serii „Próby i literatura” sfinansowanej przez mieszczące się przy ulicy Grzybowskiej 88 w Warszawie Laboratorium Chemiczno Farmaceutyczne „ASMIDAR” i została ozdobiona zabawnym obrazkiem Feliksa Topolskiego – zatytułowanym „złodziej i kaszel”.

kaszel_2

Jednak uspokajająco na nas wszystkich – może z wyjątkiem Romana , który wymówił się od udziału w naszym spotkaniu przemęczeniem spowodowanym lekturą Norwida - podziałała dopiero Morfina firmy „ROCHE” dawkowana smakoszom międzywojennej typografii przez atelier Levit – Him powoli: strona po stronie, ale co trzeba dodać, wyprodukowana w całości, tak jak i aparat Nr 111, z konopi zbieranych w naszym kraju.

 

W produkcji podobnych specyfików ulica Kaliska miała przed wojną spore doświadczenia, bowiem właśnie przy niej, w latach 30., pod numerem 13.mieściły się znane Zakłady Farmaceutyczne Ludwika Nasierowskiego,

41b

gdy więc około godz. 17., w jej progach pojawił się objuczony torbami, pan Artur Jastrzębski, oczekiwanie na to, co się za chwilę wydarzy, było ogromne. A on, gładko ostrzyżony i blady, stał z elegancką wizytówką w dłoni, na której było jak wół napisane Jules Marchlewski.

 jules_marchlewski

CDN

___________________________

1 Gustaw Morcinek, Wyorane kamienie, 1946

2 Wanda Wasilewska, Ojczyzna, pierwsze wydanie Warszawa 1935

3 Jego opis nie figuruje w żadnej z polskich bibliotek technicznych

4 Zaowocowało to zresztą nieobecnością na biesiadzie kolegi Romana, który swoją absencję usprawiedliwił przed gospodarzem

 

© Antykwariat Kwadryga
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci